poniedziałek, 26 czerwca 2017

Nie bój się, wierz tylko! (Mk 5,36)


Od kilku lat cierpię na napady panicznego lęku. Kilkanaście tygodni temu ataki bardzo się nasiliły. To nie jest strach, ani stres. To potrafię kontrolować. Zagnieździło się we mnie coś, co osłabia moją wolę życia. Coś, co powoduje tak silny ucisk w klatce piersiowej, iż mam wrażenie, że za moment przestanę oddychać. Próba wzięcia oddechu bardzo wtedy boli i wręcz staje się niemożliwa do zrealizowania, bo płuca mam tak ciężkie, jakby ktoś napompował je armatą dymu papierosowego. Unikam sytuacji, które mogą wywołać kolejny atak. Często bronię się przed spojrzeniami innych ludzi i ignoruję wszelkie zaproszenia do miejsc, w których panuje hałas i tłok. W dużych przestrzeniach, w których przebywa spora grupa osób na ogół trzymam się blisko wyjścia i nieudolnie staram się kontrolować niepohamowane drżenie dłoni.

Wiele razy balansowałam z tego powodu na granicy życia i śmierci. Przez dwa lata próbowałam stłumić lęk alkoholem. Najpierw było jedno mocne piwko przed zajęciami, później setka żołądkowej, która idealnie pasowała do moich dłoni. Skończyło się na tym, że pomiędzy moimi uczelnianymi notatkami ukrywałam półlitrową butelkę. Zaczynałam w domu, doprawiałam w autobusie i na zajęcia szłam całkowicie ululana. Ten epizod zakończył się równie szybko, jak się zaczął. Kolejną deską ratunku stały się silne przeciwlękowe proszki. Jedne wprowadzały mnie w stan odrealnienia, a inne dawały kilka godzin upragnionego spokoju. 

***
Kiedyś pytałam "dlaczego?" - z rozpaczą w oczach, z pretensją i niezrozumieniem. Bałam się i myślę, iż wciąż boję się tego, że do końca życia będę żyła z tym, co mnie wewnętrznie osłabia i niszczy. Boję się, że kiedyś nie wytrzymam ciągłego napięcia, ale wiesz co? Wierzę. Wierzę nieprzerwanie, że w takich chwilach Bóg jest przy mnie. Nie jestem sama. Ufam Mu, jak niczemu i nikomu innemu. Nie jest ważne, ile mam jeszcze sił. Nie liczy się to, że znów upadłam. On jest ze mną i wiem, że tylko z Jego pomocą mogę pokonać wewnętrzne demony. Dziś, w chwilach kryzysu; w punktach kulminacyjnych ataków również zadaję pytanie "dlaczego?". Nie jest one rozpaczliwe, jak kiedyś. Próbuję zrozumieć, w jaki sposób mogę zrobić pożytek z tego, co mnie dotyka. 

Dlaczego  w ogóle o tym mówię?
Dlaczego obnażam się w Internecie? W miejscu, w którym każdy może mnie wygooglować i dowiedzieć się, że ma sąsiadkę dziwoląga, co skrzętnie ukrywałam do tej pory.
Ano dlatego, że dostałam od Was masę wiadomości - Waszej historii, cierpienia, doświadczeń, zwątpień. Gdzieś zazwyczaj w odpowiedzi, pomiędzy innymi zdaniami pojawiała się moja prośba - ufaj Bogu! Wierz w Niego i zawierz Mu siebie i swoje sprawy. To nigdy nie były słowa, które wyklepałam ot tak. Ze wszystkich słów te znaczyły najwięcej. Chcę, żebyś zrozumiał i zrozumiała, że to naprawdę jest możliwe - zaufać Mu i dać się poprowadzić. Nieważne dokąd i nieistotne jest to, że się poobijasz - z Bogiem nic ci nie grozi. Z Nim jesteś silny. Zanim stwierdzisz, że to się nie uda i nie potrafisz, to spróbuj. Nie tak trochę. Zaufaj na maksa, na 100%. Nie mów mi proszę, że się nie da. Nie osobie, która włożyła masę ciężkiej pracy w to, by właśnie tego doświadczyć. Może czeka cię droga krótsza, a może dłuższa? Może będzie bardziej wyboista, ale bądź cierpliwy i wytrwały. Nie bój się, wierz tylko... 

niedziela, 28 maja 2017

Hejt, czyli katolik w Sieci


Dla odmiany piję herbatę - malinową. Nie lubię herbaty, ani tym bardziej malin. Nie przepadam za wieloma rzeczami, miejscami czy ludźmi, ale staram się modlić się za te osoby, a w danym otoczeniu próbuję znaleźć jakieś pozytywy. 
Siedząc przed komputerem i przeglądając aktualności na Facebook'u natknęłam się na artykuł Jak popełnić samobójstwo? znanego jezuity - Ojca Grzegorza Kramera. Niespecjalnie jest mi po drodze z ojcem Grzegorzem i myślę, że w wielu kwestiach bardzo się różnimy, ale jedno na pewno nas łączy: bezgraniczna miłość do Pana Boga i chęć głoszenia Dobrej Nowiny - robimy to według własnego sposobu, używamy własnego języka i sformułowań, ale docieramy do wspólnego punktu. Zgodnego ze Słowem Bożym.


Nie miałam okazji poznać osobiście o. Grzegorza. Nie uczestniczyłam w sprawowanej przez niego Eucharystii, nie rozmawiałam z nim przy piwie i nie znam historii jego życia, prócz tego, co mogłam do tej pory usłyszeć w udostępnianych przez ojca nagraniach video czy przeczytać we wpisach na blogu. 
    
Tekst, który powyżej zalinkowałam ujął mnie prawdą wrażliwością i szczerością. Zapisałam link, by do niego powrócić i przez jakiś czas śledziłam opinie innych osób. Już nie śledzę, ponieważ zabolało mnie chrześcijaństwo, pod którym się nie podpisuję. Padła fala niezrozumiałego dla mnie hejtu. Jeśli ktoś otwiera przede mną serce i bolesną prawdę swojego życia, a ja w zamian za to wylewam na tę osobę wiadro pomyj w postaci złośliwego hejtu i szyderstwa, to nie powinnam nazywać siebie katoliczką. Nie godzę się na chrześcijaństwo, które nie ma nic wspólnego z miłością, o której mówi nam Jezus, i która jest fundamentem w relacji z Nim.
Gardząc drugim człowiekiem - gardzimy Bogiem.
Wyśmiewając się z bliźniego - wyśmiewamy Boga.


Wiesz dlaczego tak wielu ludzi odchodzi od Boga, a Jego wyznawców niewierzący postrzegają za bandę postrzeleńców i kłamców? Ja wiem, ponieważ wiele lat temu sama m.in. z tego powodu porzuciłam wiarę chrześcijańską. Bardzo często rozmijamy się z tym, co głosi Bóg. Po wyjściu z Kościoła potrafimy więcej powiedzieć na temat sąsiadki niż o samym wewnętrznym przeżyciu Eucharystii. Oceniamy wszystko, wszędzie i wszystkich. Ranimy bliskich, rzucamy zawistne spojrzenia i biernie przyglądamy się krzywdzie innych. Zdarza się, że kradniemy. Zdarza się, że zabijamy. I tak jak w przypadku o. Grzegorza oraz wielu innych osób, zdarza się, że obrzucamy publicznie błotem niewinnego człowieka.
Nie dla takiego chrześcijaństwa się nawróciłam i nie chcę być z nim utożsamiana. Boję się o tych, którzy regularnie chodzą do Kościoła, uważają się za wierzących, mają zdjęcie w tle z wizerunkiem Chrystusa na Facebook'u i jednocześnie puszczają wiązankę paskudnych epitetów w Sieci do drugiej osoby. 


Wstyd mi. 
Przepraszam zarówno wierzących, niewierzących, jak i wciąż poszukujących oraz zagubionych - za tych ludzi i za ich błędną wizję chrześcijaństwa.
Powtarzam - Bóg nie jest Bogiem nienawiści, lecz miłości. Chrześcijaństwo jest piękne i dobre. Bóg jest dobry!   

niedziela, 14 maja 2017

Po nawróceniu straciłam przyjaciół

Podchodzę z dystansem do własnego myślenia. Jako osoba nadmiernie wrażliwa nie mogę przekraczać pewnych granic z przeszłości. Dlatego rzadko otwieram te drzwi. Czasami, tak jak teraz. Po kolejnej analizie dotyczącej tego, jakie zmiany nastąpiły w moim życiu po nawróceniu.

PRZED 
74 zdjęć. Dokładnie tyle fotografii zdobi od kilku lat jedną z moich ścian. Z większości z nich spoglądają na mnie oczy, których nie widuję od dawna. Oczy tych, którzy byli moimi bliskimi znajomymi czy przyjaciółmi.
Spotkałam różnych ludzi, podobnie jak Ty.
Z jednej strony łamali serce, burzyli spokój i opuszczali, a z drugiej oświetlali mi drogę, służyli pomocą i czasem, a nawet dzielili się swoimi ostatnimi papierosami. Były wspólne ogniska i wyjazdy, rozmowy do białego rana, wzajemne ocieranie łez i cała masa szczęśliwych chwil. 


***
Nie mam jakiejś wyszukanej definicji przyjaźni. Wiem natomiast, że aby ona istniała - ludzi musi łączyć potężna emocjonalna więź. Więź, która powstaje, gdy otwieramy serce i historię naszego życia przed drugą osobą. Podchodzimy z troską do drugiego człowieka, dbamy o jego dobro, potrafimy zarówno milczeć, jak i prowadzić długie rozmowy bez skrępowania. Słuchać, a nie słyszeć. I tęsknimy za jego obecnością.  
Takich ludzi zawsze miałam wokół siebie. 

PO
Gdy na nowo zaczęłam poznawać Boga i wchodzić z Nim w głębszą relację - poczułam, że coś w moim świecie powoli rozsypywało się w drobny mak. Zaczęło się od drobnych uszczypliwości na temat mojego nawrócenia. Później spłynęła fala ignorowania moich telefonicznych połączeń czy zapytań o spotkanie. Dowiedziałam się, że stałam się jakaś inna i chyba coś poprzestawiało mi się w głowie (dodam, że obracałam się w towarzystwie osób niewierzących lub niepraktykujących). Dostałam po głowie wiadrem pełnym niechęci, drwin i plotek. Wiadrem pełnym tego, czego się wyzbyłam, od najbliższych mi osób. 
Czy bolało? Jak cholera.
Czy się mściłam? Nie.
Bóg nie jest Bogiem nienawiści, lecz miłości. Szybko to pojęłam i zaczęłam stosować tę prawdę w stosunku do ludzi, od których dostałam cios w plecy. Mogłam się buntować i złorzeczyć. Mogłam się obrażać i plotkować za ich plecami. Nie zrobiłam tego. Wybrałam miłość i modlitwę.
Zarzucano mi, że się zmieniłam. Nie protestowałam. Dla nich moja zmiana nie była zmianą, którą ja dostrzegałam na każdym kroku. Dla nich zbyt często chodziłam do Kościoła, zaczęłam uważać na słowa i w ogóle żyłam w innym świecie. Nie zauważyli, że przestałam wlewać w siebie litry alkoholu i faszerować się prochami. Nie miało znaczenia to, że zaczęłam się uśmiechać, rozmawiać z ludźmi i cieszyć życiem. Nie dostrzegli, że przestałam ukrywać nadgarstki pod toną bransoletek i wyć w ich ramiona mówiąc, że się zabiję.
Odeszli...

***
Dziś mogę zrobić tylko to, co robiłam do tej pory. Mogę po raz kolejny podziękować Bogu za tych ludzi. Za to, że ich spotkałam i miałam możliwość pomieszkać trochę w ich sercu i życiu. Za to, że byli dla mnie oparciem, radością, doświadczeniem i lekcją. Za to, że wciąż żyją, choć beze mnie i mam nadzieję - mają się dobrze. Wierzę, że taka była wola Boga, bo nikt z nich nie pojawił się przypadkiem. Nikt nie umknął w zakamarkach mojej pamięci i każdy odbił ogromnie znaczący ślad w moim sercu. Niech im Bóg błogosławi!  
Dał Pan i zabrał Pan.
Niech będzie imię Pańskie błogosławione! 
(Hi 1, 21)

sobota, 15 kwietnia 2017

Drewniane kratki, które niejedno słyszały...

Adoracja. Szmer przewracanych paciorków różańca w przednich ławkach. Ludzie z Koła Różańcowego pogrążeni we wspólnej modlitwie. Kilkanaście ławek wstecz klęczę ja. Oplatam różaniec wokół dłoni i próbuję zagłuszyć w głowie cudze modlitwy oraz myśli, które kołaczą się niespokojnie. Nie umiem skończyć nawet pierwszej dziesiątki różańca. Przyszłam do Kościoła ze swoimi myślami, rozterkami i bólem. Ja, ale oni także, co musiałam uszanować. Postanowiłam przeczekać i po prostu być. 

Odwróciłam głowę w stronę oświetlonego, pustego konfesjonału. Zaczęłam odpływać... Odpływałam... Aż wreszcie odpłynęłam zupełnie. 

***
Ile różnych emocji i uczuć przewija się przez ten niewielki mebel.
Strach, ból, wstyd, ulga, radość, bezsilność, złość, frustracja, lekceważenie, pokora, rozpacz, spokój, samotność, żal... Drewniane kratki, które niejedno słyszały i sponiewierany klęcznik, na którym można z łatwością dostrzec wgłębienia po ludzkich kolanach. Po ludziach proszących Boga o wybaczenie. 
To miejsce, którego zbyt często się boimy. Miejsce, które stale odkładamy na później. Miejsce, które niektórzy traktują jako przepustkę do sakramentu małżeństwa czy bierzmowania. Dla jednych spowiedź to szczere zjednoczenie z Bogiem; dla drugich przykry obowiązek. Miejsce, w którym zostają zerwane kajdany naszych grzechów. Mała drewniana budowla pełna  ludzkich dramatów. Moich. Twoich. Naszych sąsiadów. Ludzi, których widujemy każdego dnia, nie mając pojęcia, jak wiele w sobie noszą.  
 A w tym wszystkim On. Czekający, cierpliwy, słuchający, miłosierny... Bóg.

 ***
Zapanowała cisza. Zbiorowe modlitwy umilkły. Każdy chce mieć swoje sam na sam z Bogiem.

niedziela, 5 lutego 2017

O tym pamiętaj, jeśli nosisz krzyżyk na szyi

Krzyż dla chrześcijan jest symbolem okrutnej męki i śmierci Jezusa Chrystusa; miłości, poświęcenia i zwycięstwa życia nad śmiercią. Jezus przez swoją męczeńską śmierć wybawił ludzkość od potępienia i dał możliwość życia wiecznego.
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał,
aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.
(J 3, 16)
W tym momencie stawiam pytanie:
Czym dla Ciebie jest krzyż? Jakie ma znaczenie? Co myślisz, gdy każdego dnia zawieszasz mały krzyżyk na swojej szyi? Czy nie jest on kolejnym wisiorkiem, który ma zdobić Twoją szyję? Albo amuletem mającym chronić Cię przed wszelakim złem?
Odnoszę wrażenie, że gdzieś się pogubiliśmy. Nie wszyscy, ale część na pewno. Krzyż, który jest świętością i niesie za sobą cierpienie, którego nie da się w żaden sposób opisać, stał się dla ludzi albo modowym trendem, albo magicznym elementem. 

Kilka dni temu zrozumiałam i to bardzo dogłębnie, dlaczego ludzie niewierzący cierpią na chroniczną awersję do chrześcijan i Kościoła. Ba! Sama z tego powodu kiedyś nie znosiłam katolików, ale potrzebowałam porządnego trzasku w policzek, żeby do tego dotrzeć. Co było tym trzaskiem? Tacy ludzie niech zdychają - cztery słowa. Jedno zdanie usłyszane z ust człowieka, który wypowiadając je - równocześnie zdejmował krzyżyk ze swojej szyi. Cztery słowa nienawiści i jadu. Cztery słowa złorzeczenia drugiemu człowiekowi, a w tle dłoń odkładająca na półkę wszelkie przeciwieństwo zła; bezgraniczną miłość, przebaczenie i miłosierdzie. 

Krzyż, który zawieszamy na szyi nie jest bezwartościowym bibelotem i nie powinna zakładać go osoba, która nie zna jego symboliki, jak również nie do końca utożsamia się z wiarą chrześcijańską. Musimy mieć świadomość, że człowiek wierzący bądź niewierzący, który dostrzega na naszej szyi krzyżyk jest przekonany, że żyjemy tym, co wyznajemy. Jest to wiara, dzielne znoszenie przeciwieństw, chęć niesienia pomocy, przebaczanie, a nade wszystko prawdziwa miłość względem drugiego człowieka. Nie obłuda, nienawiść czy zemsta.
Możesz mnie za chwilę zlinczować, ale nie godzę się na bezmyślne noszenie krzyżyka na szyi. Nie zgadzam się na wyrządzanie krzywdy innym ludziom, bo jeśli decyduję się na to, by na mojej szyi zawisł wizerunek ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa, to muszę żyć zgodnie z tym, co głosił i tego samego mam prawo wymagać od innych. 

sobota, 31 grudnia 2016

Dziś są nasze urodziny!


Świętujemy! Moi drodzy, mija dokładnie rok od założenia strony kawazBogiem . Trzysta dni z hakiem odkąd pełna wątpliwości opublikowałam pierwszy post jako chrześcijańska blogerka. To wtedy, w sylwestrowy wieczór, gdy większość społeczeństwa odliczała minuty do mającego nadejść Nowego Roku, ja siedziałam przed komputerem i zadawałam sobie milion pytań odnośnie bloga. Czy to dobry pomysł, żeby się wychylać ze swoją wiarą? Jak to będzie? Jak mnie przyjmiecie? Czy podołam? A jeśli to tylko słomiany zapał?


PODSUMOWANIE
N
a stronie pojawiły się dwadzieścia trzy posty. Czasem lepsze, czasem gorsze. Niektóre udało mi się napisać w ciągu godziny, a część powstawała przez pół dnia. Bardzo szybko poszłam za ciosem i na Facebook'u powstał tzw. fanpage oraz profil na Instagramie. Udało się rozwinąć także formę kontaktu. Początkowo mogliśmy kontaktować się przez e-mail czy portale społecznościowe, a dziś w zakładce o mnie znajdziecie mój numer telefonu.
Cóż, jestem osobą oszczędną w słowach, co zdążyliście już pewnie zauważyć, więc przejdę teraz do rzeczy najważniejszych, bo wszelkie statystyki i wyliczenia są tak naprawdę nic nie warte. 


KAWA NIE WYSTYGŁA
J
estem szczęśliwa, że mogę tu być. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem, bo w ciągu tego roku poznałam zarówno tutaj na blogu, jak i na innych portalach społecznościowych przewspaniałych ludzi. Wielokrotnie zmierzałam się z kryzysem wiary, moim i Waszym. Dostałam od Was kilkadziesiąt różnych wiadomości; kilkadziesiąt próśb o modlitwę, tyle samo poruszających świadectw oraz pytań - bardzo często zaskakujących i niesamowicie trudnych. Byłam blisko Was, tak jak tylko umiałam i mogłam być. Mogłam także zawsze liczyć na Wasze wsparcie, co sprawiło, że wciąż tutaj jestem i kawa nie wystygła (pozdrawiam Pawła z wiarainaczej).

Przekonałam się, że Bóg zawsze działa przez zwykłych ludzi. Przekonałam się, że to co Boże - zawsze przetrwa. Dlatego każdego dnia powierzam Bogu, to co tu robię. Każdego dnia dziękuję za Was. Dziękuję Najwyższemu, że daje mi siłę, bym mogła tu być.

Kochani, dziś mija pierwsza rocznica NASZEGO bloga.
To nie jest tylko mój świat. Nie piszę, nie ewangelizuję dla siebie. Tylko dla Was. Staram się, aby każdy znalazł na stronie coś dla siebie, a priorytetem dla mnie jest to, by każdy z Was odnalazł Boga, bo to ON i tylko ON ma być w centrum. Bóg nas łączy - wszystkich, mimo że jesteśmy porozrzucani po całej Polsce i jeszcze dalej, to odnajdujemy się w Nim. Dziś, więc śmiało możecie razem ze mną zdmuchnąć urodzinową świeczkę! Życzę Wam, abyście zawsze znaleźli czas na wypicie kawy z Panem Bogiem. Niech dobry Bóg ma Was w Swojej opiece.
Wszystkiego najlepszego!!!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.